Geoblog.pl    Rebeka4x4    Podróże    Rumunia    Start
Zwiń mapę
2007
01
cze

Start

 
Polska
Polska, Warszawa
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 0 km
 


Do Rumunii wybieraliśmy się od dłuższego czasu. To w końcu niby daleko, a niby blisko, ale zawsze coś stało na przeszkodzie. W tym roku plan powstał na tyle wcześnie, aby móc się do wyprawy przygotować. Wyprawa działała w Karpatach Południowych, w pasmach Sureanu, Lotru, Cinderl i Parang.

Dojazdówka

Z Polski do Rumunii można dojechać albo przez Ukrainę albo przez Słowację i Węgry. W związku z wejściem kraju Drakuli do Unii Europejskiej naturalnie wybraliśmy wariant �z dowodem osobistym w ręku�. Jeden samochód jechał przez tereny sąsiadów ze Wschodu i później żałował. Kontrola paszportowa przeciągała się, problemy się piętrzyły, a czas uciekał. Dla nas przekroczenie trzech granic to w sumie 3 minuty.

Przejazd z Barwinka do granicy węgiersko-rumuńskiej zajęło nam ok. 6 godzin. 350 km dobrymi drogami, z dwoma odcinkami autostradowymi. Gdyby tylko wyszpejone auta chciały jechać szybciej, czas podróży skurczyłby się o co najmniej godzinę. Po wjeździe do Rumunii czekały już na nas jednak góry i prędkość przelotowa ustabilizowała się na poziomie 50 km/h. Gdyby nie to, że do startu wyprawy mieliśmy 250 km rumuńskich dróg, to z przyjemnością moglibyśmy podziwiać widoki za oknami. Ale prawdziwa przygoda czekała w okolicy miasteczka Sebes, do którego dotarliśmy po 6 godzinach od przekroczenia granicy.

Oblicza DN 67 C

Z Sebes na południe prowadzi droga DN 67 C. Patrząc na mapę, na całym odcinku ma kolor żółty. Dla wielu z nas oznacza to drogę asfaltową, krajową. Czyli raczej nie �czwartego stopnia odśnieżania�. I faktycznie od miasteczka do pierwszego biwaku jest asfaltowa. Co będzie dalej, to się okaże.

Z pierwszego biwaku trasa prowadzi wprost na połoninę. Po krótkim odcinku leśnym wbijamy się w płaje, drogi poprowadzone po zboczach połonin. Dookoła fantastyczne widoki, gdzieniegdzie chałupy, słupy telekomunikacyjne, bacówki. Na razie jest łatwo i przyjemnie. Po kilku godzinach zjeżdżamy w dół, by przeskoczyć w kolejne pasmo. Trasa biegnie wąską drogą leśną, widać że rzadko tędy coś przejeżdża. My pniemy się w górę, mozolnie, na reduktorze. Na górze wita nas pasterz w bacówce. Łamaną francuszczyzną, przeplataną językiem rosyjskim i migowym, wykorzystując rozmówki kupujemy od niego różne rodzaje serów. Smakują wybornie, mimo iż miejsca wyrobu nie wygląda zachęcająco. Ale do naszych oscypków UE też miała zastrzeżenia. Sielską atmosferę psuje informacja, że kilka dni wcześniej była potężna burza i nasza droga jest zawalona przez setki połamanych drzew. Szukamy objazdu, ale zawalisko jest ogromne. Pracy starczy dla kilkunastu pilarzy na miesią, ale komu by się chciało sprzatać taki szlak. W międzyczasie dojechała do nas druga grupa, prowadzona przez Tomka Gdawca �Szafira� i wspólnymi siłami udało nam się przedrzeć w dół, do głównej drogi. Po kolejnych dwóch próbach wdarcia się na połoninę, rezygnujemy i jedziemy do drugiego biwaku od tyłu. Tu również niespodzianka. Ciasna i kręta droga pod górę jest też zawalona w kilku miejscach. Tomek dzielnie przebija się piłą spalinową, torując trasę dla naszych aut. Na biwak docieramy na godzinę przed zachodem słońca. Pierwszy biwak na połoninie zakłóca nam informacja o przebywających w okolicy niedźwiedziach. Sąsiadujący z nami pasterze zbierają owce do zagrody i puszczają psy do odstraszania dużych, żywych pluszaków. W nocy słyszymy ujadanie, ale nie przeszkadza to w spokojnym śnie.

Następnego ranka atakujemy przełęcz Sureanu. Po fantastycznych podjeździe przez drogę zrobioną w korycie rzeczki, wyjeżdżamy do dużej kotlinki. Jeszcze chwila i jesteśmy na wysokości 2200 m n.p.m.. Gdzie nie spojrzeć � góry. Cały widok zasłaniają. Nasza trasa prowadzi grzbietem połonin. Lapczywie zdobywamy kolejne waypointy, przygotowane przez Tomka. Góra, dół, podjazd, zjazd, trawers. Bajka. Około 17.00 decydujemy się na biwak. Znowu obok pasterzy, znowu w towarzystwie niedźwiedzi. Po godzinie zaczyna padać deszcze. Do tego błyskawice, niezła zawierucha. Tak było do rana, w sumie cztery mocne burze przez całą noc. Większość z nas spała w samochodach, zastanawiają się czy damy radę podjechać rano po mokrej trawie.

Mimo burz, z rana podłoże było suche, a trakcja wyśmienita. Śniadanie, pakowanko, reduktor i w górę. Po godzinie dojeżdżamy nad piękne urwisko, schodzące pionowo w dół. Z boku wygląda jakby połonina kończyła sie właśnie tu. Na szczęście grań skręca, a urwisko jest dużą atrakcją fotograficzną. Ledwo pożegnaliśmy urwisko, a przed nami długi, ponad kilometrowy podjazd, który dostarcza sporą dawkę emocji. Z dołu wyglądało nawet przerażająco, co zostało skwitowane przez CB radio: �Michał, pomyśl o wjeździe na szczyt�. Fakt, przede mną coraz stromiej i pionowe skałki. Ale ukształtowanie terenu pozwala na dokonywanie bezpiecznych trawersów i omijanie przeszkód. Na szczycie chciałoby się powiedzieć �Uff�, ale tu niespodzianka. Wąski przesmyk przez skałki i bardzo stromy zjazd z trawersem między skałami. Mamy szczęście, gdyby cztery burze z nocy były bardziej obfite w wodę, zjazd byłby niemożliwy. A tak zajął nam tylko nieco ponad godzinę.

Lewdo ochłonęlismy po zjeździe z Grzbienia (tak nazywana jest ta skałka), a tu kolejna atrakcja. Na azymut musimy trafić w wąski przesmyk w kosodrzewinie. Z góry wygląda łatwo, ale w trakcie zjazdu widok zmienia się diametralnie. Na samej górze został Krzysztof, który przez CB kierował pięcioma pojazdami, niczym Napoleon. Wspólnymi siłami bitwa została wygrana, a my znaleźliśmy wąską drogę prowadzącą wprost na drogę DN 67 C. Tankujemy we wsi Voinessa i udajemy się na biwak nad rzeczką. Można skorzystać z kapieli, co prawda woda zimna jak diabli, ale chęć odświeżenia się dodaje sił.

Kolejny dzień ma być najdłuższym na naszej wyprawie, do tego mamy do eksploracji nowy odcinek trasy Tomka. Po krótkim odcinku szutrowym wjeżdżamy w górę na zrywkową drogę. Wąsko, czasami bardzo wąsko. Ruch wyłącznie jednokierunkowy. Nie wiem co by było, gdyby z przeciwnej strony jechał leśny traktor. Na niektórych fragmentach spotykamy głębokie koleiny, trochę błota, wymyte przez wodę uskoki. Dużo technicznej i bardzo powolnej jazdy. W kilku miejscach musimy użyć wyciągarki, by wskoczyć w dobrą koleinę. Padający deszcze dostarczył kolejnych emocji na stromym i śliskim zjeździe. Nieco zmęczeni zjeżdżamy na dół, znów do drogi 67 C. Przeskakujemy przez nią i zaczynami wspinać sie wąską, kamienistą drogą na przełęcz Cindrel. Ponad godzinę trwał cudowny rock-crawling, w niektórych miejscach kamienie muskały karoserie naszych Toyotek. A nad nami zaczęły się zbierać czarne chmury. Prawdziwie karpacka aura. Decydujemy się zjechać z połoniny jak najszybciej. Zjazd okazał się bardzo łatwy i po godzinie pruliśmy pełnym gazem po krętej, szutrowej drodze … 67 C. Piękny biwak nad rzeką, dobra kolacja i dużo śmiechu do późnej nocy.

Ostatni dzień wyprawy to fantastyczny podjazd, oczywiście drogą 67 C, na przełęcz Urdele i przekroczenie łuku Karpat. Piękna, słoneczna pogoda, góry po horyzont, gdzieniegdzie konie i pasterze. �A może by tak wszystko rzucić i zostać pasterzem?� - szybka myśl przebiega przez głowę. My jednak nie możemy zająć się hodowlą owiec, przed droga powrotna. Co prawda z przygodami i jedną awarią, ale kto by tam o tym pamiętał.

Wyprawa TLCoc została zorganizowana wspólnie z Tomkiem Gdawcem, w ramach imprezy Wyrypa Romania 4.

źródło: Magazyn WYPRAWY4×4 / Michał Horodeński
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
Rebeka4x4
Rebeka .
zwiedziła 6% świata (12 państw)
Zasoby: 41 wpisów41 0 komentarzy0 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0